Zdarza się to regularnie i zawsze rozpoznaję ten moment. Ktoś, kto skończył u nas Szkołę Trenerów Biznesu rok, dwa, czasem trzy lata temu, pisze albo dzwoni z pytaniem, czy jest jeszcze miejsce na Treningu Interpersonalnym. Nie na kolejnym module warsztatowym, nie na dodatkowym narzędziu do teczki. Wraca po coś innego, po doświadczenie, którego wtedy, na etapie samej Szkoły, nie miał jeszcze potrzeby szukać.
Zawsze pytam ich wprost, co się zmieniło i odpowiedź jest właściwie zawsze podobna. To, czego nauczył się w Szkole, zaczęło działać na sali, scenariusze się sprawdzają, cele są dobrze skrojone, ale w pewnym momencie prowadzenia grupy pojawia się coś, na co żaden scenariusz nie ma odpowiedzi. Opór, milczenie, ktoś, kto próbuje przejąć kontrolę nad procesem, napięcie, którego nikt nie nazywa wprost. I trener zostaje z tym sam, bo w tym momencie warsztat się kończy, a zaczyna coś, czego po prostu jeszcze nie doświadczył na własnej skórze.
Dlaczego dobry warsztat nie jest wystarczający?
Szkoła Trenerów Biznesu daje solidny fundament, umiejętność projektowania procesu, dobierania metod, prowadzenia grupy przez określony cel. To wiedza, bez której nie da się profesjonalnie pracować, i widzę to u naszych absolwentów każdego dnia. Ale jest coś, czego żaden program nie przekaże w pełni, bo to nie jest wiedza do przekazania, tylko doświadczenie do przeżycia. Chodzi o to, jak reagujesz, kiedy grupa zaczyna Cię testować, jak Twoje ciało i głos zachowują się pod presją, kiedy w sali robi się cicho i to milczenie ma zupełnie inny ciężar niż milczenie podczas ćwiczenia na zajęciach w Szkole.
Pracodawcy i organizacje od dekad wskazują kompetencje interpersonalne jako te najbardziej krytyczne dla osób prowadzących rozwój innych, a jednocześnie systemy edukacyjne, także te trenerskie, rzadko rozwijają je w sposób bezpośredni. Uczysz się, jak zbudować dobre ćwiczenie. Rzadziej uczysz się, co zrobić z własną reakcją, kiedy stoisz przed grupą, która Cię nie akceptuje w pierwszych minutach.
Trening interpersonalny to właśnie ten drugi rodzaj nauki. To nie jest kolejny moduł z narzędziami do dołożenia na półkę obok tego, co już masz z warsztatu w Szkole. To doświadczenie bycia w grupie, w którym uczysz się rozpoznawać własne reakcje na innych ludzi, obserwować dynamikę procesu i rozumieć, jak Twoja obecność realnie wpływa na to, co dzieje się w sali. Umiejętności twarde, jak konstrukcja scenariusza, przenoszą się z sali szkoleniowej na kolejną sytuację stosunkowo łatwo. Umiejętności miękkie i interpersonalne przenoszą się dużo trudniej, właśnie dlatego, że nie da się ich wyuczyć z materiału, trzeba je poczuć na własnej skórze.
Rola, o której mówimy w Szkole, ale trudno jej nauczyć na module szkoleniowym.
Metaanaliza z 2009 roku, jedna z fundamentalnych prac w tym obszarze, dostarczyła twardych dowodów na to, że trening interpersonalny w kontekście organizacyjnym po prostu działa. Kolejne badania, w tym analiza obejmująca 58 różnych programów rozwoju inteligencji emocjonalnej, potwierdziły umiarkowany, ale konsekwentny pozytywny efekt takiego treningu, utrzymujący się ponad trzy miesiące po jego zakończeniu. To nie jest chwilowa poprawa samopoczucia po dwóch dniach warsztatów. To realna zmiana w tym, jak człowiek funkcjonuje wśród innych ludzi, a Ty jako trener funkcjonujesz wśród innych ludzi zawodowo, każdego tygodnia.
Najbardziej interesująca dla mnie, jako dla kogoś, kto od lat uczy w Szkole, jest inna część tych badań. Rola trenera w procesie grupowym została opisana już w latach osiemdziesiątych jako rola analityka i osoby dostarczającej feedback, ktoś, kto obserwuje to, co dzieje się w grupie, i potrafi to nazwać w sposób, który pomaga uczestnikom się rozwijać. To umiejętność, której nie da się przekazać na slajdzie w ramach modułu w Szkole. Da się jej nauczyć tylko w sytuacji, kiedy sam siedzisz w kole, kiedy sam czujesz, jak to jest, gdy ktoś trafnie albo nietrafnie nazywa Twoje zachowanie.
Nowsze badania idą jeszcze dalej i pokazują, że kompetencje interpersonalne trenera, w tym umiejętność podnoszenia samoświadomości uczestników i budowania odpowiedzialności za wyniki interakcji, są zadaniami typowymi dla tej roli, nie dodatkiem do niej. Skuteczność komunikacji prowadzącego bezpośrednio przekłada się na to, jak uczestnicy oceniają całe szkolenie. Innymi słowy, absolwent Szkoły z doskonałym warsztatem, ale bez tego doświadczenia, potrafi przygotować świetny scenariusz i mimo to wyjść z sali z gorszymi ocenami niż ktoś, kto ma słabszy scenariusz, ale lepiej czuje grupę.
Pięta achillesowa, którą znam z własnej praktyki.
Jest jedno pojęcie z literatury, które szczególnie do mnie przemawia, bo widzę je w praktyce niemal na każdym projekcie, także wśród naszych absolwentów. Transfer umiejętności miękkich na miejsce pracy bywa nazywany piętą achillesową całego procesu szkoleniowego. Ludzie kończą program, mówią, że dużo się nauczyli, a po pierwszych samodzielnych szkoleniach wracają do starych nawyków, bo nikt im nie pomógł przenieść tej wiedzy do realnej sytuacji z żywą grupą.
Z mojej perspektywy to właśnie tutaj absolwent, który wraca jeszcze po trening interpersonalny, zyskuje coś, czego nie da mu żaden kolejny kurs narzędziowy. Rozumie mechanizm transferu nie z podręcznika, tylko z własnego doświadczenia, bo sam kiedyś próbował przenieść coś, co poczuł na sali treningowej, do swojej codziennej pracy trenerskiej. Wie, że wsparcie po takim doświadczeniu, kontakt z grupą, możliwość skonsultowania trudnej sytuacji, robi ogromną różnicę. I dlatego, prowadząc własne szkolenia, buduje ten element świadomie, zamiast liczyć na to, że sam warsztat wystarczy.
Programy typu train the trainer, czyli szkolenia trenerów przez trenerów, pokazują dokładnie ten sam wzorzec na poziomie badawczym. Ich uczestnicy zgłaszają korzyści na trzech poziomach naraz, osobistym, w relacjach z innymi i w rozwoju sieci zawodowych, co potwierdza, że to nie jest jednorazowy efekt, tylko coś, co zmienia sposób funkcjonowania człowieka w dłuższej perspektywie. Widzę to samo u naszych absolwentów, którzy po Treningu Interpersonalnym wracają na salę zupełnie inaczej ustawieni wobec grupy.
Dlaczego to wraca do mnie regularnie?
Nie piszę tego, żeby sugerować, że Szkoła czegoś nie daje. Piszę to, bo sam pamiętam moment, kiedy zorientowałem się, że najwięcej nauczyłem się nie z żadnego modułu w Szkole, tylko z bycia po drugiej stronie, jako uczestnik procesu grupowego, gdzie musiałem zmierzyć się z własnymi reakcjami, oporem i emocjami, zanim zacząłem uczyć tego innych. I dokładnie dlatego rozumiem, kiedy absolwent Szkoły pisze do mnie po dwóch latach pracy na sali i pyta, czy zostało jeszcze miejsce na Treningu.
Trening interpersonalny nie jest kolejnym kursem obok Szkoły, jest jej naturalnym domknięciem, tym elementem, bez którego warsztat zostaje świetną teorią bez pokrycia w praktyce. Jeśli skończyłeś już Szkołę i czujesz, że na sali czegoś Ci brakuje, ale nie potrafisz tego nazwać, to prawdopodobnie właśnie tego.
A Ty, kiedy ostatni raz byłeś po drugiej stronie stołu, jako uczestnik, a nie jako prowadzący?
