Nie muszę Cię kochać.

No dobrze.

Jeśli już trochę mnie znacie to wiecie, że tytuł jest przewrotny. Bo nie będzie o miłości, a przynajmniej nie w ujęciu związkowym. W sensie – para partnerów. Będzie o miłości w biznesie, o emocjach, które przeżywamy w relacjach z innymi ludźmi w pracy, o naszych lękach i o tym, co z tego wynika.

Ciekawi? No to zaczynamy.

Zauważyłem, że w ogromnej większości organizacji w których, lub z którymi dotąd pracowałem, relacje między ludźmi są podszyte lękiem. To właśnie lęk podpowiada nam, że musimy walczyć – o pozycję, o stanowisko, o własne zdanie, albo wręcz przeciwnie – nie wyrażać własnego zdania w obawie o… (wstaw, co chcesz). To lęk podpowiada nam, że powinniśmy mieć „dupokrytki” na każde działanie, bo zawsze ktoś może nas zapytać, co robiliśmy wczoraj i wtedy proszę, mam raport, mam tabelkę, byłem na zylionie spotkań, podczas których ustaliliśmy NIC oraz zjedliśmy dużo ciastek.

To lęk podpowiada nam, że lepiej nie formułować własnego zdania, nie komunikować pomysłów, bo jeszcze wybuchnie konflikt i się pokłócimy. Potem ludzie się obrażają i trudno z nimi współpracować. Lepiej, żeby jednak było miło, bo wtedy przecież łatwiej coś z kimś załatwić.

Oczywiście, że tak.

Oraz oczywiście, że nie.

Przy okazji – lubię słowo „oraz” i chętnie go nadużywam;)

Zapraszam Cię do eksperymentu.

Wybierz sobie teraz (tak wewnątrz głowy, oczywiście) osobę z Twojego otoczenia zawodowego, którą uznajesz za silną emocjonalnie. To łatwe.

Teraz wyobraź sobie, że ta osoba próbuje coś na Tobie wymóc, niby o coś prosi, ale robi to takim tonem, że już czujesz, jak się napinasz i całe Twoje wnętrze chce najuprzejmiej, jak to możliwe, powiedzieć z uśmiechem: „spadaj, sam to zrób”. A potem odejść w glorii i chwale.

To też łatwe, pewnie nie raz to sobie wyobrażałeś, przynajmniej po fakcie.

No właśnie – po fakcie. Wtedy wiesz, że nie powinieneś się zgadzać, po fakcie czujesz się wykorzystany, masz poczucie uprzedmiotowienia.

Teraz trudniejsze. Pomyśl, jak myślisz o tym człowieku, który coś na tobie wymógł i jak myślisz o sobie w tej sytuacji. Niech zgadnę – zły kat i biedna ofiara? Uwikłanie, niemoc?

To idźmy dalej, teraz już konstruktywnie. Jeśli nawet uważasz tą osobę za „emocjonalnego kata”, to prawdopodobnie i tak jej nie zmienisz. Ale pamiętaj, że kat bez ofiary przestaje być katem. Brakuje jednej zmiennej do układanki – brakuje ofiary. Skoro więc nie możesz zmienić kata, przestań być ofiarą.

No i tutaj zaczyna się cała zabawa. Bo niezgoda na bycie ofiarą jest pracochłonna i obciążająca emocjonalnie. Jeśli nałożymy na to, utrwalane przez lata, nawyki bycia ofiarą, ponadto utrwalany latami wizerunek tego konkretnego kata, to okaże się, że łatwiej nam po raz kolejny przełknąć dociążenie pracą, niż zakomunikować, że się na to nie zgadzamy. Bo przecież narażamy się na spięcie, przepychankę, walkę, a do tej pory tego nie robiliśmy i… zwyczajnie nie mamy wprawy.

Wielu ludzi boi się właśnie tego obciążenia emocjonalnego i w imię jego unikania jest nadmiernie ugodowa, co nie służy ani im, ani – często – organizacji.

A gdyby tak przyjąć tytułową tezę, że nie musimy się kochać, żeby współpracować? Gdyby przyjąć, że obciążenie emocjonalne związane z różnicami miedzy ludźmi jest naturalne i trzeba je po prostu zaakceptować? Popatrz, jak bardzo może zmienić to jakość relacji.

Jeśli Twoje zachowania nie będą podszyte lękiem, ale życzliwością, chęcią rozwiązania problemów, poszukiwania tego, co wspólne, zamiast tego, co różne, jak to wpłynie na jakość Twojej pracy?

Słyszę często od ludzi: „tobie łatwo mówić, ty nie masz szefa”. Otóż mam. Najbardziej wymagającego i nieprzewidywalnego, ponieważ nie jest jedną osobą i nigdy nie poznam jego przyzwyczajeń, nawyków i humorów. Moim szefem są moi klienci, z których każdy jest inny. Od nich zależy moja praca – zatrudnią mnie, czy zwolnią? Każda rozmowa handlowa jest rodzajem rozmowy o pracę. Potem, jeśli się dogadamy, jest realizacja kontraktu, podczas której nieustannie jestem sprawdzany – od ankiet na koniec szkolenia, po raporty ewaluacyjne i rozmowy podsumowujące projekty. Potem klient wraca, lub nie wraca. Zapewniam, że praca na własny rachunek, to nie Teletubisie. Ale nie o tym.

O życzliwości. Bo, może naiwnie, ale wierzę w biznes oparty na życzliwości i zaufaniu. Na tym, że możemy mieć inne zdanie, rozmawiać o nim, nie zgadzać się i wciąż szukać rozwiązań. Na tym, że nie musimy się kochać, żeby współpracować, że możemy kogoś nawet niespecjalnie lubić i jednocześnie obdarzać go szacunkiem za jego kompetencje, dokonania, czy wyniki. I na tej podstawie budować relacje w biznesie. Mam klientów, z którymi tak mam.

Miałem kiedyś menadżera, któremu powiedziałem, żeby nie mówił do mnie „przyjacielu” (miał taką właściwość, że mówił tak do wszystkich), bo przyjaciółmi nigdy nie będziemy. Jednocześnie powiedziałem mu, że będę pracował z nim i z zespołem najlepiej jak potrafię. A, że rozmowa odbywała się w okolicach drugiej w nocy, po jednym, no może dwóch kieliszkach wódki czystej, przy głośnej muzyce, miałem nadzieję, że nie zapamięta. Zapamiętał. Wróciliśmy do rozmowy, już w świetle dnia. Ja podtrzymałem swoje zdanie, on je przyjął. Ustaliliśmy zasady.

Nigdy nie zostaliśmy przyjaciółmi.

To był mój najlepszy przełożony.

Udostępnij
About the author: Adam Walerjańczyk
Interesuje się wieloma rzeczami z różnych dziedzin, ale bardzo, bardzo ogólnie. Wesoły i niekonsekwentny. Aktualnie zainteresowany marketingiem, postprodukcją filmową i mediami społecznościowymi. Kieruje się intuicją bardziej niż dowodami. Potrzebuje wokół siebie ludzi o dokładnie przeciwstawnych stylach działania i na szczęście takich ma.
4 komentarze
  1. Anna Kawalec 3 grudnia 2016 at 16:32

    Adamie.Jestem zdania,że w tzw.biznesie nie ma sentymentów.Jest też tak ,w tym “biznesie” ,że gdybyśmy wybierali tylko tych klientów ,z którymi ” jest nam po drodze ” i mentalnie są nam bliscy-to bylibyśmy szczęściarzami.Rzeczywistości jest jednak inna ,a jak napisałeś” praca na własny rachunek” to nie Teletubisie? Dzięki za kolejny świetny tekst.pozdrawiam

    • Adam Walerjańczyk 4 grudnia 2016 at 15:09

      Aniu, absolutnie się zgadzam. To trochę na zasadzie: “zgódźmy się, ze się nie zgadzamy”;) To jasne, że na selekcjonowanie klientów stać jedynie krawca z Savile Row, albo Ferrari. I właśnie o tym piszę, że nie musi mi być z klientem, albo szefem, albo współpracownikiem po drodze, tak cukierkowo i mimo tego mogę z nim pracować. Dzięki za komentarz!

  2. Robert Skrzypek 4 grudnia 2016 at 12:08

    Relacje może nie tyle opierają sie na lęku, co na potrzebie akceptacji – to czy mnie “polubia albo “lubią”? Dopiero teraz jednym z kolejnych czynników jest wspomniany strach – zwłaszcza w korporacjach. Im szybciej zapomnimy o potrzebie akceptacji – tym szybicje skupimy sie na zadaniach.

    • Adam Walerjańczyk 4 grudnia 2016 at 15:04

      Robert, potrzeba akceptacji i lęk przed byciem nieakceptowanym, to chyba bardzo bliskie siebie światy. Myślimy podobnie, z nieco inną optyką. Ja w tekście, mimo wszystko jednak, mocniej akcentuję lęk, jako bardziej pierwotne i przez to siniej oddziałujące uczucie. I jednocześnie zgadzam się z Tobą – niezależnie od tego, jak nazwiemy ten motyw, jest on poważnym dystraktorem w biznesie. Dziękuję za komentarz!

Leave a Comment