SETki inspiracji
Blog Grupy SET
Slider

143. Znów byłem młody i nieśmiertelny

Zastanawiałem się, czy o tym pisać, bo temat mało rozwojowy a bardziej osobisty, ale uznałem, że na naszym blogu nagromadziliśmy już całe mnóstwo tekstów rozwojowych, a skoro ta platforma ma służyć temu, żebyście nas lepiej poznali, to proszę bardzo – poznajcie też kawałek mnie. Zresztą, chyba nie pierwszy raz.

A może moja krótka, bieżąca historia kogoś z Was zainspiruje do zrobienia czegoś podobnego.

Mój starszy syn skończył osiemnaście lat. I nie – nie przeraża mnie to, nie uświadomiłem sobie, jaki jestem już stary, raczej jak dobrze mi z tymi latami, które mam na karku, ale też – przede wszystkim – jak dobrze było przez chwilę poczuć się osiemnastkiem.

Na sugestię Huberta zorganizowaliśmy imprezę łączoną, w sensie rodzina i przyjaciele na jednej sali. I teraz – to co się wydarzyło bardzo różniło się od tego, jak sobie wyobrażałem tę noc, a zwłaszcza swoją rolę.

W założeniach miałem przechadzać się między gośćmi, uprawiać miłe pogawędki, jawić się młodzieży jako nobliwy, uśmiechnięty pan tata, który jednak nadal nie stracił pazura i potrafi odpowiedzieć z refleksem na grubo ciosane żarciki napakowanych testosteronem młodzieńców oraz napić się wódki z emanującymi estragonem młodymi niewiastami. Estrogenem.

Mając na uwadze moje przerzedzające się włosy (tak, wiem, że to eufemizm, ja po prostu łysieję) oraz ześrubowany kręgosłup nie planowałem też większych tanecznych wygibasów niż trzymanie ramy z małżonką, no ewentualnie kilka efektownych, lecz wciąż eleganckich obrotów. Mniej więcej po trzech godzinach od rozpoczęcia imprezy skakałem z kolegami mojego syna w rozpiętej koszuli bez krawata trzymając się za barki. Oraz braliśmy się z synkiem za łby i oparci o siebie czołami darliśmy się słowami piosenki, że gdzieś na szczycie góry wszyscy razem spotkamy się… Dodam, że byłem wtedy naprawdę całkiem trzeźwy.

I byłem też znowu młody i nieśmiertelny.

Rano okazało się, że z tą młodością i nieśmiertelnością to mnie oszukano; bolało mnie wszystko – nogi, biodra, barki, gardło, plecy, więc jedyne na co było mnie stać to leżenie na kanapie i oglądanie filmu o fokach, takiego z cyklu „czytała Krystyna Czubówna”. Tymczasem synek wstał, wziął prysznic, zjadł śniadanie i był gotowy na siłownię.

Jestem w trakcie lektury nowego Miłoszewskiego, który pisze, że naukowcom z Holandii „udało się zidentyfikować gen DRD4, którego mutacja sprawia, iż posiadające go osoby są skłonne do brawury i szukania wrażeń”. No to ja chyba jestem posiadaczem tego zmutowanego genu. Tak, wiem, że mam też w mózgu substancję szarą, która podpowiada mi w określonych momentach, że może nie powinienem, że to może nie czas na pląsy podlane testosteronem i adrenaliną, ale przecież genu sobie nie wydłubię.

I o ile jestem świadomy, że wciąż modne bycie „tu i teraz” jest bliższe medytacji i mindfulnessowi, że wystarczy świadomie, przy pomocy wszystkich zmysłów chłonąć bodźce z otaczającego nas świata, rozkoszować się słońcem albo mgłą, dziwić się dźwiękom, których na co dzień nie słyszymy i spokojnie, bez ocen obserwować rzeczywistość, o tyle tam, na tej sali doświadczyłem tego samego, ale jakby na przeciwległym biegunie. Tam nie było spokoju, ale było „tu i teraz”. Na zawsze zapamiętam wyraz twarzy mojego syna i jego wzrok, kiedy trzymaliśmy się za głowy i wrzeszczeliśmy o tej górze. Na chwilę świat się zatrzymał, byliśmy tam tylko on i ja. I nie potrafię opisać, ile było w tym życia, energii, wzruszenia, radości i szczęścia. I też tego, że ilekroć nachodziły mnie wątpliwości, czy jestem dobrym rodzicem, to w tym jednym momencie poczułem, że może tak. Tak, jakby te kilkadziesiąt sekund mogło podsumować budowaną przez osiemnaście lat relację ojca z synem. Pewnie nie mogło, ale chyba po raz pierwszy tak organicznie stałem się częścią świata mojego syna, o którym dotąd tylko słyszałem z jego opowieści. Bardzo mi się ten świat spodobał i jestem ogromnie wdzięczny, że trafił na takich przyjaciół, którym może ufać i – co równie ważne, którym ufamy też moja żona i ja.

Nie chciałbym być osiemnastkiem.

Mam nadzieję, że większość błędów już popełniłem i bardzo podoba mi się moje miejsce i czas na Ziemi. Ale fantastycznie było poczuć się znowu młodym i wskoczyć do świata, który wciąż dobrze pamiętam. Nawet mimo kosztów, które musiałem ponieść następnego dnia, a o których ta cała dzisiejsza młodzież nie ma pojęcia;)

Więc po raz kolejny zachęcam, nawet osoby nieposiadające genu DRD4.

Zróbcie czasem coś z całych sił.

Przyjdzie czas na oglądanie filmów o fokach, ale kiedy diabełek na lewym ramieniu mówi: „zrób to”, no to.. No musicie sami zdecydować. U mnie jest ten kłopot, że aniołek na prawym ramieniu w przeciwieństwie do wielu innych aniołków mówi: „tak, zrób to”, więc robię.

I robię z całych sił.

Polecam.

Udostępnij
O autorze: Adam Walerjańczyk
Interesuje się wieloma rzeczami z różnych dziedzin, ale bardzo, bardzo ogólnie. Wesoły i niekonsekwentny. Aktualnie zainteresowany marketingiem, postprodukcją filmową i mediami społecznościowymi. Kieruje się intuicją bardziej niż dowodami. Potrzebuje wokół siebie ludzi o dokładnie przeciwstawnych stylach działania i na szczęście takich ma.

Napisz komentarz