Cenimy praktyków i mamy tendencję do tego, żeby im wierzyć. Zbadał to i opisał w swojej książce „Wywieranie wpływu na ludzi” Robert Cialdini nazywając regułą autorytetu. Wcześniej brał się za to Stanley Milgram w swoim słynnym eksperymencie z rażeniem prądem, ale po kolei.
Wiem, że nie opowiada się rolek, ale muszę, bo ta jedna świetnie oddaje to, do czego chcę luźno nawiązać.
Sytuacja w kawiarni – osoba ucząca się obsługi ekspresu pod czujnym i cierpliwym okiem stojącej metr dalej mentorki podejmuje którąś z kolei nieudaną próbę zamocowania pojemnika z kawą w ekspresie. Mentorka tłumaczy, jak to zrobić, bez skutku, ucząca się pracuje bez refleksji i wciąż powtarza ten sam błąd. W końcu mentorka pyta: „mogę cię dotknąć?” (to takie nowoczesne, przecież nie można dotykać ludzi w pracy bez ich zgody). Spodziewasz się, że podejdzie i chwyci uczennicę za rękę i pokaże jaki ruch wykonać, tymczasem, po tym, jak uczennica się zgadza, mentorka wymierza jej soczysty policzek. Koniec rolki.
Nie, nie pochwalam tutaj przemocy, nawiązuję raczej do tego, że mam czasem ochotę spuścić się z łańcucha wiedzy opartej o dowody naukowe i po prostu mówić ludziom jak myślę. Tak a’propos rolki – odpuścić cierpliwe dłubanie w badaniach i cytatach a w zamian bazować na swojej zintegrowanej i zweryfikowanej przez lata pracy rozwojowej wiedzy i doświadczeniu (które to doświadczenie – umówmy się – ma słabą wartość dowodową, jest dowodem anegdotycznym).
Ech, niech pierwszy rzuci kamieniem kto czasem by tak nie chciał!
Na dokładkę przychodzi Cialdini ze swoją regułą autorytetu, która mówi wprost – ludzie ufają autorytetom, nie sprawdzają ich. Odwołania do polityki rzucają się w oczy chyba najbardziej – społeczeństwo potrafi ślepo wierzyć politykom, z którymi sympatyzuje niezależnie od tego, czy mówią oni prawdę czy nie. Ale polityka to grząski grunt, przejdę więc na poletko znacznie bliższe moim doświadczeniom, czyli na edukację.
Podejście naukowe oznacza przyjmowanie hipotez a potem sprawdzanie czy są prawdziwe. Ale to nie koniec, bo przecież wiele badań było prowadzonych w taki sposób, aby potwierdzić pierwotną hipotezę. Dlatego pojawiają się publikacje w czasopismach naukowych, aby można było poddać krytyce wnioski z tego sprawdzania (przez tzw. peer review, double-blind czy replikacje), podważyć metodę badawczą albo powtórzyć badanie i sprawdzić czy otrzymane wyniki będą takie same. Robi się to wszystko po to, aby zminimalizować ludzkie błędy i subiektywizm i otrzymać wyniki, które będą powtarzalne i dadzą nam głębszą wiedzę o świecie w dowolnym aspekcie.
Ale. Na to wszystko przychodzi randomowy Pan Heniek, który mówi: „co pan gadasz, jak i tak swoje wiem”. Ostatnim moim Panem Heńkiem był człowiek, który zapytał mnie czym się zajmuję (pominę okoliczności naszego poznania się). Odpowiedziałem w najbardziej wymijający sposób, że szkoleniami dla menedżerów (oszczędziłem mu i sobie informacji, że szkolę coachów). Pan Heniek na to: „Panie ja raz byłem na takim szkoleniu, taki doktor prowadził. I mówi tym wszystkim młodym, że nowa strategia HR czy coś. A ja mu na to: panie doktorze, co pan im opowiada takie kocopoły, przecież i tak jak zaczną pracę to nikt się nimi nie zajmie, bo wszyscy lecą w wyścigu szczurów, heh. Swoje człowiek już przeżył, pracował w korporacji, ale teraz zmienił robotę i w życiu by się nie zamienił”. Zauważcie, że w tym miejscu pan Heniek zgeneralizował swoje doświadczenie mówiąc „człowiek”, a więc nie tylko Heńkiem będąc, ale człowiekiem przeżył tę całą korporację, dlatego nawiązywał do doświadczeń wspólnych całemu ludzkiemu gatunkowi. Krótko mówiąc: pan Heniek się znał.
Oraz w znacznym stopniu opierał swoją wiedzę o świecie i ludziach na dowodach anegdotycznych i dla niego były one wystarczająco przekonujące, żeby bronić ich jak Częstochowy.
I ja czasem mam ochotę w tym całym moim światku rozwojowym być, jak pan Heniek. Tak po prostu powiedzieć, że coś jest jakieś i to nie ulega wątpliwości, bo człowiek już swoje przeżył. I nawet czasem mi się to udaje, z zastrzeżeniem, że dziś niczego nie jestem już pewien.
Im więcej wiem tym bardziej wątpię. Koncepcje, które jeszcze kilka lat temu wydawały się całkiem spójne dziś się sypią, jak domki z kart lub inne rzeczy, które się sypią – nawet reguła autorytetu, o której piszę wyżej nie jest tak samo rozumiana, jak opisywali ją kolejno Milgram i Cialdini. Nie działa zawsze, zależy od tego, czy autorytet jest postrzegany jako kompetentny w swojej dziedzinie, czy istnieją konkurencyjne źródła informacji, czy odbiorca ma chęć do krytycznego myślenia.
Czy więc mój zawód wymaga pokory?
Oj tak. Czasy mądrych trenerów mijają, zmienia się nasza rola – nie jesteśmy i nie możemy być tylko nosicielami i przekaźnikami informacji, nawet tych evidence – based.
Jest jednak coś, co sprawia, że jesteśmy i – mam nadzieję – będziemy potrzebni. W erze AI problemem nie jest brak wiedzy tylko jej nadmiar. W związku z tym rolą trenera jest nie tyle udzielanie odpowiedzi (choć oczywiście też) a raczej zadawanie pytań zmuszających do refleksji. Przeniesienie wiedzy z zewnątrz do środka głów uczestniczek i uczestników szkoleń, żeby ci mogli połączyć sobie to czego się dowiadują z tym, co już wiedzą i dzięki dobrze zaplanowanym doświadczeniom edukacyjnym i dyskusjom z innymi (uczenie się dorosłych jest efektywniejsze, kiedy staje się procesem społecznym, dzieje się w grupie) posiedli umiejętności, a nie tylko wiedzę.
Więc chyba czasem możemy być, jak ta mentorka z rolki, od której zacząłem, co? Nie, że od razu bić, ale dać informację zwrotną, która może nie być miła, ale podana z życzliwością może pomóc wejść na właściwe tory. Ufać swojemu doświadczeniu, ale nie zdobytemu przez jednorazowe zdarzenie i wyrazistą opinię, ale podbudowanemu wiedzą i rzetelnymi badaniami, które pozwalają nam czasem mówić innym jak działa człowiek. Możemy, prawda?
