Lipcopad A.D.2026 zgodnie z nazwą miesiąca nie rozpieszczał nas pogodą, ale końcówkę dał nam ciepłą a wręcz upalną. Na dziś rano zaplanowałem sobie rower, bo nie będę jeździł w 36 stopniowym upale, który przewidzieli meteorolodzy na godziny od trzynastej do zmroku. Zatem godzina 7:20, ja w pełnym kolarskim umundurowaniu wychodzę przed dom i słyszę grzmot. Patrzę w niebo – na zachodzie lekko zachmurzone, patrzę w prognozy – żadnego deszczu, więc decyduję się pojechać. Grzmi nadal. 7 minut później siedzę pod wiatką przystanku autobusowego zroszony deszczem, przed którym udało mi się schować. Leje rzęsiście przez jakieś dziesięć minut, które dostarczają mi myśli, jak w tytule.
No więc mam taką myśl, że czasem przeceniamy własną sprawczość. Karmieni popkulturą i naukami internetowych guru, którzy: każą jeść za dużo białka, każą jeść niskowęglowodanowo albo keto, każą jeść intuicyjnie, albo liczyć kalorie, ćwiczyć do porzygu, albo naturalnie pół godziny dziennie, pozakładali swoje milionowe biznesy w wieku 23 lat i mówią, że trzeba cisnąć i iść po swoje, a inni, żeby odpuścić i zaufać procesowi.
Jestem zdania, że konsekwencja ma dużo większą wartość niż motywacja. Ta ostatnia jest rodzajem energii, która w naturalny sposób się w nas wyczerpuje, błyska i gaśnie jeszcze szybciej. Konsekwencja jest decyzją woli, działaniem mimo niechcenia się, zaplanowanym, nawykowym, o którym wiemy, że jeśli je podejmiemy to będzie nam lepiej. I zazwyczaj jest.
I jestem zdania, że ta sama konsekwencja może nas zaprowadzić w miejsca, w których nie chcielibyśmy być, jeśli nie stoi nad nią rodzaj intuicji, który nam podpowiada: tym razem odpuść.
Niedawno zakończył się Tour de France 2026. Zwycięzcą został – a jakże – Słoweniec, Tadej Pogacar, który wygrał 5 z 21 etapów, miał najkrótszy czas przejazdu całego wyścigu, ustanowił rekord na kultowym podjeździe Alpe d’Huez, mógł wygrać na pewno jeden etap więcej, ale oddał zwycięstwo koledze z zespołu. W finałowym etapie w Paryżu, po przejechaniu w sumie ponad 3300 km, a tego dnia 89 km z trzema atakami, w których wyprzedzał peleton, na ostatnich trzystu metrach… odpuścił. Zwycięstwo w finałowym etapie niewiele u niego zmieniało, ale rok wcześniej też ścigał się o pierwsze miejsce w Paryżu i musiał ustąpić innemu zawodnikowi (wtedy cisnął do końca), więc zakładam, że w tym roku zależało mu, aby dojechać jako pierwszy na metę właśnie w finale wyścigu. Przynajmniej tak jechał do prawie samego końca. I te trzysta metrów przed metą po prostu puścił korby. Wyprzedziło go jakichś trzydziestu zawodników. Nie wiem, co się działo w jego głowie; przez cały wyścig sprawiał wrażenie, jakby mógł wygrywać wszystko. Na podjazdach, gdy inni zawodnicy oddychali przy pomocy oczu i rękawów on po prostu w pewnym momencie przyspieszał i jechał pod górę zostawiając ich za sobą. Zwycięstwo w finałowym etapie wywalczył Mathieu van der Poel, który po przejechaniu linii mety opadł bezwładnie na barierki wstrząsany konwulsjami z wycieńczenia; spalił pewnie ostatnią kalorię odżywiając się prawdopodobnie własnym potem.
W głowie najlepszego kolarza świata zapadła decyzja, żeby odpuścić prestiżowe zwycięstwo. Może chciał sobie zostawić jego smak na jakieś później? Może pomyślał: jeśli dziś wygram, to stracę sens jeżdżenia? Pogacar wygrał Tour de France pięć razy, ale finałowego etapu nigdy. Nie znam powodów; może po prostu fizycznie nie dałby rady. Znam efekt – Tadej nie wygrał tego etapu, bo odpuścił, gdy patrzył na niego cały kolarski świat i pewnie ogromna jego większość obgryzała paznokcie, żeby to właśnie on dociągnął te kilkanaście sekund. Ja obgryzałem.
Nie wiem, czy to najlepsza ilustracja odpuszczania, na którą mnie stać, ale zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Po tym, co reprezentował sobą ten zawodnik przez trzy tygodnie, nie mieściło mi się w głowie, żeby nie dał rady fizycznie. Jeśli tak – nie ma o co robić szumu, ale jeśli nie…
Musiał zmierzyć się z konsekwencjami zawiedzionych oczekiwań swoich kibiców, może jakiegoś żalu ze strony zespołu. Tak, czy inaczej musiał mieć powód, dla którego tak zdecydował.
Ja też dziś zdecydowałem, że nie pojadę w ulewie, nie jestem Tadejem, któremu deszczyk niestraszny. I w moim światku to była dobra decyzja, ta moja. Po dziesięciu minutach wyszło słońce i błyskawicznie wysuszyło drogi. Pojechałem dalej z dużą przyjemnością i myślą, że czasem warto przeczekać, zamiast mocować się z przeciwnościami.
